UŻYWAMY CIASTECZEK (cookies).
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przegladąrki.
[zamknij]
Największe hity złotej dekady lat 80-tych! | ZAŁÓŻ KONTO
Login: Hasło: 
Szukaj:
 Zaawansowana wyszukiwarka
GŁÓWNA      PIOSENKI      LISTY TOP      QUIZY      GWIAZDY



Artykuł


"Ekran kontra mikrofon - umuzykalnieni aktorzy lat 80-tych"

autor: Iwona | data dodania: 2010-04-30 20:54:17

        "Śpiewać każdy może, jeden lepiej a drugi gorzej.". Ten kultowy cytat idealnie opisuje gwiazdy lat 80-tych, które prowadziły dwie kariery na raz – jedną w przemyśle filmowym, a drugą w przemyśle muzycznym. Fenomen multi-uzdolnionych artystów trwa do dzisiaj, ale złota dekada była okresem, w którym aktorów wyjątkowo elektryzowała perspektywa kariery muzycznej. Sukces w tych dwóch sferach nie tylko przyciągał rzesze fanów, ale także kształtował w pamięci odbiorców obraz ich idoli jako swoistych ikon popkultury lat 80-tych. Jest jednakże kilka gwiazd, które niewątpliwie zaistniały i na ekranie i przed mikrofonem, i chociaż kojarzą nam się głównie z filmem, ich piosenki często słyszymy w radio lub nucimy pod prysznicem.
        Gdy myślimy o śpiewających aktorach tamtego okresu, na myśl powinien nasunąć nam się nieżyjący już Patrick Swayze. Był gwiazdorem o zadziwiająco rozległych uzdolnieniach artystycznych – wyśmienity aktor, wyborny tancerz i jak się okazało całkiem przyzwoity wokalista. Szkoda, że jego muzycznego talentu nie poznaliśmy szerzej, Swayze był bowiem znany z tylko jednego hitu, mianowicie "She’s like the wind” – popowej ballady z kultowego musicalu „Dirty Dancing” („Wirujący seks”), w którym Swayze zagrał przecież główną rolę. Piosenka stała się przebojem po obu stronach Atlantyku – w Stanach Zjednoczonych zajęła 3 miejsce na notowaniu Billboard Hot 100 i 1-sze miejsce na Billboard Adult Contemporary Chart. Ścieżka dźwiękowa do "Dirty Dancing" nasączona jest muzycznymi perełkami, lecz piosenka „She’s like the wind” stanowi jej nieodłączną część, podobnie jak i jest nieodłączną częścią na liście najpiękniejszych ballad miłosnych ósmej dekady. Z drugiej strony, jak tu pominąć fakt, że tekst tego jakże melodyjnego utworu graniczy z nonsensem. W refrenie rozbrzmiewają słowa: „She’s like the wind through my trees” („Ona jest wiatrem między moimi drzewami”). Może ktoś zna jakieś logiczne wytłumaczenie tego wersu, a może jest on tak górnolotny, iż sens zatracił po drodze? Tak czy inaczej, wybaczmy Patrickowi to drobne potknięcie. Jest autorem tej piosenki, ale w gruncie rzeczy innymi talentami nadrabia resztę swoich niedociągnięć.
        Skupmy się teraz na kolejnym gwiazdorze o „multi-talencie”. Zadebiutował w 1987 roku albumem „The Return of Bruno”, na którym znalazły się trzy single. Bruce Willis, bo o nim mowa, był w tamtym czasie już szeroko rozpoznawalnym aktorem – głównie za sprawą serialu komediowego „Moonlighting” („Na wariackich papierach”), w którym wcielił się w rolę nonszalanckiego detektywa Davida Addisona, współpracownika poukładanej Maddie Hayes (w tej roli Cybill Shepherd). Dodatkowo, w 1987 roku na ekrany wszedł pierwszy poważny film z Willisem w roli głównej – mowa o komedii „Blind date” („Randka w ciemno”), w którym u jego boku zagrała piękna Kim Basinger. Zostawmy jednak karierę filmową Willisa i spójrzmy na jego dorobek muzyczny. Na wcześniej wspomnianym albumie znalazł się jego jedyny hit – „Respect yourself”, cover piosenki The Staple Brothers z 1971 roku. Album wydała wytwórnia Motown, która jak wiadomo gustuje w muzyce gatunku R&B, tudzież „The Return of Bruno” właśnie z piosenek w tym klimacie się składa. Amerykanie płytę kupowali, o czym świadczy 14 miejsce na albumowej liście Billboard i 5 miejsce „Respect yourself” na Billboard Hot 100. Ale na tym muzyczny sukces Bruce’a Willisa się kończy, pozostałe dwa single z płyty – „Young blood” i „Under the boardwalk” plasowały się daleko za pierwszą pięćdziesiątką Billboardu, a jego kolejny album "If It Don`t Kill You, It Just Makes You Stronger” wydany dwa lata później przeszedł po rynku muzycznym praktycznie niezauważony. Nie myślcie jednak, że spowodowało to uszczerbek na finansach Willisa, rok wcześniej otrzymał przecież solidną „wypłatę” za role w „Die hard” („Szklana pułapka”).
        Przejdźmy do kolejnego „geniusza” popkultury złotej dekady. Jest nim Don Johnson który karierę filmową rozpoczął jeszcze w drugiej połowie lat 60-tych. W latach 80-tych prawdziwy sukces na ekranie przyniosła mu rola w serialu „Miami Vice” („Policjanci z Miami”), w której zagrał detektywa Sonny’ego Crocketta. Podobizna młodego i przystojnego Johnsona zdobiła wówczas pokój niejednej nastolatki i niejedna pewnie się do niego śliniła, a zatem serial stał się hitem. Sława Dona Johnsona wręcz rozbrzmiewała w latach 1984-1989 więc była to najlepsza pora by zaistnieć też na scenie muzycznej. W 1986 roku aktor wydał swój album debiutancki o chwytliwym tytule „Heartbeat” („Bicie serca”), na którym znalazła się piosenka tytułowa i niewątpliwie wpadła w ucho amerykańskim słuchaczom. Singiel dotarł do 5 miejsca Billboard Hot 100 i zdobył status złotej płyty. Niestety pozostałe piosenki z albumu były kompletnym fiaskiem. Johnson był jednak ambitnym facetem, nie poddał się i w 1989 roku zaskoczył nas kolejnym albumem – „Let it roll”. Mimo, że wokalu wspomagającego w utworze „What if it takes all night” użyczyła sama Barbra Streisand a „Tell it like it is” był udanym coverem piosenki Aarona Neville’a, to żaden utwór nie „zaliczył” Billboardu. I skąd ta pomoc ze strony Barbary Streisand? To oczywiste, rok przed wydaniem „Let it roll” Johnson współpracował z nią nad piosenką „Till I loved you” i zajęła ona 16-e miejsce w Wielkiej Brytanii i 25-e w USA. No cóż, mogło być lepiej, ale miejmy nadzieję, że to nie wina Dona Johnsona.
         Skoro jesteśmy już przy Barbarze Streisand, to jak moglibyśmy pominąć jej bogatą, w każdym tego słowa znaczeniu, karierę. Żeby opisać wszystkie jej dokonania należało by poświęcić temu cały osobny artykuł, ale warto tu nadmienić chociaż skrawek jej dorobku artystycznego. Barbra karierę na obu płaszczyznach – wokalnej i aktorskiej, rozpoczynała jeszcze w latach 60-tych, a złota dekada lat 80-tych przyniosła jej szereg zaszczytów – nagrodę Grammy za album „Guilty”, kilka nominacji do nagrody Grammy za ten sam album i piosenkę „Woman in love”, a następnie także nominacje za album – „The Broadway” i piosenki „Being alive” oraz „One voice”. Jeśli chodzi o karierę filmową Barbry to i tu zaskakiwała ona swoim niepojętym talentem, otrzymała przecież Złoty Glob za reżyserię filmu „Yentl” w 1984 roku i kilka zaszczytnych nominacji do tej nagrody – w tym za najlepszą aktorkę. Nie zamierzam tu jednak wysnuwać wniosków, który z jej talentów przyniósł jej największą sławę, chociaż kusząca jest perspektywa postawienia tu znaku równości. Faktem pozostaje to, że jej megahit „Woman in love” zna chyba każdy, a ten platynowy singiel podbijał listy przebojów na całym świecie – dosłownie podbijał.
         Pora przejść do następnego artysty. Eddie Murphy to dopiero multi-talent! Aktor, scenarzysta, kompozytor, piosenkarz, reżyser i producent. Karierę rozpoczął gdy miał zaledwie 15 lat, ale głównie dał się poznać jako aktor komediowy. Przygodę ze śpiewem rozpoczął na początku lat 80-tych. Najpierw wydał dwa albumy komediowe, ale umiarkowanie trafił w gusta Amerykanów. Już wtedy ktoś powinien był mu wbić do głowy, że na wokalistę jest materiałem miernym, ale najwidoczniej nikt tego nie zrobił, bo Murphy w 1985 roku wylansował album „How could it be”, który spotkał się z bardzo negatywnymi, ale jakże zasłużonymi recenzjami krytyków. Co prawda album zajął 26 miejsce na Billboard 200 a główny singiel „Party all the time” miejsce drugie na Billboard Hot 100, lecz cała reszta materiału, który znalazł się na płytce nadaje się właściwie do kosza. Jak na prawdziwego murzyna przystało, Murphy zawarł na „How could it be” utwory w klimacie R&B i hip-hop ale bądźmy szczerzy, talentu do rapowania natura mu poskąpiła. Niestety aktor nie poprzestał na jednym albumie, w kolejnych latach wydał jeszcze dwa, ale jak można było przewidzieć nie zachwycił nimi fanów. Co prawda, płyta „So happy” zajęła 70 miejsce na Billboard 200, ale trudno nazwać to wyczynem.
         Kolejnym aktorem, który sił spróbował w przemyśle muzycznym był Jack Wagner. Jeśli nazwisko to nie wywołuje u Was żadnych skojarzeń to nic nie tracicie. Aktorem był on raczej marnym, głównie mogliśmy go zobaczyć w serialach telewizyjnych takich jak „General Hospital” („Szpital miejski”, serial emitowany na Polsacie na początku lat 90-tych), „Santa Barbara”, „Dotyk anioła” czy najbardziej wyśmiewany tasiemiec wszechczasów – „The Bold and the Beautiful” („Moda na sukces”). Nadawany w latach 80-tych w USA „General Hospital” przybliżył sylwetkę Wagnera Amerykanom i aktor stał się w miarę popularny, więc swą dobrą passę postanowił przenieść na swój talent wokalny. Tak też się stało i jego album debiutancki pod tytułem „All I need” ukazał się w 1984 roku. Płyta zawierała piosenkę tytułową która okazała się być jednym dobrym utworem na kompilacji. Piosenka notowała na dwóch listach Billboard – Hot 100, na której zajęła 2 pozycję, oraz Adult Contemporary, na której uplasowała się na samym szczycie. Sam album wypadł znacznie gorzej, bo dopiero na 44 miejscu listy albumów Billboardu, a pozostałe dwa single plasowały się za pierwszą pięćdziesiątką zestawienia. Wagner oczywiście nie opuścił rynku muzycznego i w późniejszym czasie wydał jeszcze cztery albumy, ale prawdę mówiąc, szkoda na nie czasu. Warto tu jeszcze dodać, że producentem dwóch pierwszych albumów Wagnera był sam Quincy Jones, ale gdy tylko producent zerwał z nim umowę, dobra passa Wagnera odeszła wraz z nim.
         W latach 80-tych podwójną karierę prowadziło też wielu innych artystów. Trudno pominąć choćby Madonnę, która przecież dała się poznać jako przyzwoita aktokra podczas pracy nad „Desperately seeking Suasan” („Rozpaczliwie poszukując Susan”), czy "Who’s that girl?" ("Kim jest ta dziewczyna?"). Pierwsze kroki w muzyce stawiał także David Hasselhoff nagrywając „Is everybody happy” czy „Looking for freedom”, które plasowały się na wielu europejskich notowaniach. Nawet takie gwiazdy muzyki jak Sting czy David Bowie testowały swój talent aktorski i całkiem dobrze sobie radziły. Rzecz jasna, nie ma tu co porównywać ich uzdolnień muzycznych i aktorskich, bo te pierwsze wyraźnie dominują, lecz kto wie jak potoczyłyby się ich kariery filmowe gdyby poświęcili im więcej czasu.

W pigułce:

Patrick Swayze:
Najważniejsze single lat 80-tych:
„She’s like the wind” (1987, #3 US, #1 US Hot Adult Contemporary, #17 UK)

Bruce Willis:
Najważniejsze albumy lat 80-tych:
“The Return of Bruno” (1987, #14 US)
“If It Don't Kill You, It Just Makes You Stronger” (1989)

Najważniejsze single lat 80-tych:
“Respect yourself” (1987, #5 US)
“Young blood” (1987, #68 US)
“Under the boardwalk” (1987, #59 US)

Don Johnson:
Najważniejsze albumy lat 80-tych:
„Heartbeat” (1986, #17 US)
„Let It Roll” (1989)

Najważniejsze single lat 80-tych:
“Heartbeat” (1986, #5 US)
“Heartache away” (1986, #56 US)
“Till I loved you” (duet z Barbrą Streisand, 1988, #25 US, #16 UK)
“What if it takes all night” (1989)
“Tell it like it is” (1989)

Barbra Streisand:
Najważniejsze albumy lat 80-tych:
“Gulity” (1980, #1 US, #1 UK)
“Emotion” (1984, #19 US, #15 UK)
“The Broadway Album” (1985, #1 US, #3 UK)
“Till I loved you” (1988, #10 US, #29 UK)

Najważniejsze single lat 80-tych:
“Woman in love” (1980, #1 US, #1 UK)
“Gulity” (1981, #3 US, #34 UK)
“What kind of fool” (1981, #10 US)
“Comin' In and Out of Your Life” (1982, #11 US, #66 UK)
“Till I loved you” (1988, #25 US, #16 UK)

Eddie Murphy:
Najważniejsze albumy lat 80-tych:
“How could it be” (1985, #26 US)
“So happy” (1989, #70 US)

Najważniejsze single lat 80-tych:
„Party all the time” (1985, US #2, UK #87)
“How could it be” (duet z Crystal Blake, 1985)
“Put Your Mouth on Me” (1989, US #27)

Jack Wagner::
Najważniejsze albumy lat 80-tych:
“All I Need” (1984, #44 US),
“Lighting Up the Night” (1985, #150 US),
“Don’t give up your day Job” (1987, #151 US).

Najważniejsze single lat 80-tych:
“All I Need” (1984, #2 US),
“Lady of My Heart” (1985, #76 US),
“Too Young” (1985, #52 US),
“Love Can Take Us All The Way” (1986, #15 US Hot Adult Contemporary).